Tak, tak, tak! Po 8 latach nad Bałtyk. Pomimo stosunkowo bogatych statystyk "wypadów" na drugi, bardziej słony koniec Polski (Dźwirzyno, Kołobrzeg, Krynica Morska, Mielno, Łeba, Hel, Gdańsk, Gdynia, Sopot, Władysławowo) cieszę się jakbym jechała po raz pierwszy. Już jako dziecko pewnego dnia spędzając wakacje w Łebie stwierdziłam, że "mieć morze raz na jakiś czas" jest o wiele ciekawsze niż mieszkać nad nim i "mieć go na codzień".
Pierwszy raz ujrzałam morze w wieku lat trzech w Dźwirzynie, ale oprócz wysokich fal, słonej wody i ciepłego delikatnego piasku nie wiele pamiętam. Po dwu dniach spędzonych na plaży udało mi się nadepnąć na szkło, parę razy zgubić się w tłumie plażowiczów i nazbierać kilka cennych okazów muszli oraz namówić rodziców na kupno różowego wiaderka z łopatką i grabkami.
Jednak nadmorskim miastem mojego dzieciństwa jest Krynica Morska. W bufecie ośrodka wczasowego kupowałam na początku lat 90. za kilka tysięcy ówczesnych złotych coca-colę w szklanych butelkach, na długim tarasie tańczyłam w rytmach disco i spędzałam czas na placu zabaw.
Najmilsze jak dla mnie wspomnienie morza wiążę z kampinkiem w Gdyni-Orłowo położonym w środku lasu, za którym szumiało morze. Po całej nocy w pociągu dotarliśmy do Orłowej pieszo. Na miejscu wybrałam miejsce na łóżku piętrowym i zaczytując się w Astrid Lindgren szum lasu i fal, zapach morza i piasku ukołysał mnie do snu. "Madika i berbeć z Czerwcowego Wzgórza", książka, która przyjechała ze mną z Cieszyna była zdecydowanie hitem tamtejszej późnej wiosny. Na tyle spodobało mi się figlarne słowo "berbeć", że każdego bardziej dokuczliwego typa oznaczałam takim właśnie epitetem.
W Mielnie przeżyłam swój pierwszy prawdziwy sztorm - 10 w skali Beuforta. Rano na plaży znalazłam masę malutkich bursztynków, które do dziś przechowuję razem z muszelkami i nadbałtyckim piaskiem. Wtedy to zakochałam się w bursztynach i żałowałam, że nie mam dziurek w uszach by zawiesić w nich srebro ozdobione właśnie jantarem. Swoje marzenie spełniłam kilka lat później w Malborku, gdzie kupiłam jedną parę delikatnych bursztynowych kuleczek, które czasami noszę do dziś.
Po raz ostatni nad polskim morzem byłam w ostatniej klasie gimnazjum. W celach nieprzerwalnej i uciążliwej integracji z klasą zostałam wydelegowana wraz z nimi do Władysławowa. Jedyne z czego się cieszyłam to morze, morze, morze... znów zobaczę morze. Ogólnie finał był taki, że faceci się spili wraz z jedną koleżanką z pokoju, którą trzeba było mi cucić pod prysznicem, ale morze to morze... nic nie popsuło mi humoru. Wieczorem usiadłam sobie na wilgotnym jeszcze piasku i odczułam bolesną inność i samotność, patrząc na przesypujące się między palcami ziarenka zauważyłam dziwne cienie, które okazały się światłem latarni morskiej. Latarnia dumnie wznosząca się na końcu wybrzeża dla rybaków była drogowskazem, dla mnie iskierką nadziei, która wprost mnie zauroczyła. Pomimo wspaniałego uczucia, że znów jestem nad morzem, odczuwałam bolesny zawód, iż nie mam się z kim tymi uczuciami podzielić, nie ma nikogo, kto chciałby usłyszeć słowa mojego zachwytu.
Po 8 latach znowu nad morzem, ale po raz pierwszy z kimś, z kim mogę w pełni podzielić się owym zachwytem. Bo wierzcie lub nie, ale Bałtyk jest najmilszym morzem na świecie, pomimo niskiej temperatury, pomimo braku egzotycznych palm i delfinów. Ma swoją atmosferę i zapach.
|